Małe wydawnictwa, wielkie powroty
Dlaczego literatura znów potrzebuje redaktora, a nie algorytmu

W ostatnich latach wielu z nas skonstatowało ze smutkiem, że rynek książki wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze dekadę czy dwie temu. Tytuły pojawiają się hurtowo, konsumujemy je szybko, a po tygodniu już tak naprawdę nie pamiętamy, o czym czytaliśmy. W zasadzie powinniśmy się cieszyć, jeśli nie ominęła nas dziesiąta już tym roku premiera Mroza czy kolejna autobiografia celebryty, o którym za rok świat już zdąży zapomnieć, a jednak nie odczuwamy z tego powodu większej satysfakcji. Dlaczego tak się dzieje i jaką mamy alternatywę?
Wiadomość o kolejnym niezależnym wydawnictwie zwykle nie przebija się poza branżowe media. Nie towarzyszą jej kolejki w księgarniach ani zdjęcia autorów na lotniskach. A jednak takie informacje bywają bardziej znaczące niż premiera bestsellera, bo mówią nie o jednej książce, lecz o zmianie sposobu myślenia o książkach. I tak też jest w przypadku niedawno otwartej oficyny Pellerin Books, która powstała w Wielkiej Brytanii, a założona została przez redaktorów z wieloletnim doświadczeniem w dużych strukturach wydawniczych. Ich program jest wyraźnie antymasowy, bo celem jest publikować niewiele, ale skrupulatnie pracować nad każdym tytułem i koncentrować się przede wszystkim na autorach dojrzałych, takich, którzy mają już głos, ale potrzebują odpowiedniego partnera redakcyjnego, a nie linii produkcyjnej nakręcanej Tik Tokiem czy Instagramem. Tu celem nie jest szybka sprzedaż, lecz długie życie książki. To brzmi jak powrót do przeszłości, a jednak jest reakcją na teraźniejszość.
Przez ostatnie dwie dekady książka stała się produktem logistycznym. Duże wydawnictwa, niestety również te w Polsce, zaczęły funkcjonować jak sieci handlowe. Ważniejszy od redaktora czy korekty okazał się dział marketingu, a od tekstu data premiery, najlepiej tuż przed świętami lub wakacjami. Tajemnicą przestało być także zjawisko „rotacji tytułu”. Książka ma żyć w księgarni trzy miesiące, a potem ustąpić miejsca następnej. Autor staje się dostawcą treści, a nie twórcą. Ba, niejednokrotnie nie ma on najmniejszego pojęcia o pisaniu, ale nie przeszkadza mu to w radosnym grafomaństwie. A dopóki ma on jakąkolwiek bazę fanów, dzięki którym wydawcy zwróci się choćby część nakładu, ten chętnie przymyka oko na wszelkie niedociągnięcia.
Problem polega jednak na tym, że kiedy redaktor przestaje być partnerem autora, książka przestaje być przeżyciem, a zaczyna być jedynie mniej lub bardziej udanym zlepkiem słów. Poprawnym, sprawnym, często nawet przyjemnym, ale wymienialnym. Czytelnik może nie znać tego mechanizmu, lecz intuicyjnie go wyczuwa i o całej tej bylejakości coraz częściej mówi głośno, wręcz otwarcie protestuje. Dlatego też modne stają się powroty do literatury starszej. Odrodziły się kluby dyskusyjne, a także coraz liczniej tworzone są akcje promujące nieco przykurzonych, ale jakże dobrych autorów. Nowe wydawnictwa widzą ten trend i zaczynają skupiać się właśnie wokół tej potrzeby. Z jednej strony coraz chętniej wznawiają klasyki, z drugiej znacznie staranniej dobierają wydawane tytuły. Ich twórcy to zazwyczaj byli redaktorzy wielkich oficyn. Nie buntownicy przeciw rynkowi, lecz ludzie zmęczeni jego tempem. W dużej strukturze nie mieli już wpływu na książkę, jedynie na niewielką część całego procesu. W małej chcą wrócić do relacji autor – redaktor – czytelnik. To powrót do starego modelu, w którym katalog wydawnictwa był deklaracją gustu, a nie listą pozycji w systemie sprzedażowym. Dla polskiego czytelnika to zmiana ważniejsza niż się wydaje.

Bo polska literatura od zawsze rozwijała się głównie dzięki kultowym wydawnictwom, takim jak choćby Czytelnik, PIW czy Znak. One w swoich najlepszych latach nie publikowały wszystkiego, publikowały to, co najlepsze. Dziś młodsze pokolenie zaczyna odkrywać tę ideę na nowo, co wynika głównie ze zmęczenia algorytmiczną kulturą rekomendacji. Wydawcy stricte komercyjni sugerują nam poprzez social media to, co podobne do tego, co już znamy. Małe wydawnictwo robi odwrotnie. Proponuje coś, czego sami byśmy nie znaleźli, a redaktor wraca do roli przewodnika. Nie mówi „to bestseller”, lecz „to ważne”. W tym sensie idea stojąca za Pellerin Books nie jest ekstrawagancją, lecz diagnozą: czytelnik nie potrzebuje więcej książek, tylko lepszego wyboru, a my stanowczo potrzebujemy, aby idea ta nieco intensywniej rozwinęła się także w Polsce. I to nie jako nisza kolekcjonerów lecz realna alternatywa dla nadprodukcji. Rynek książki nie musi przecież podbijać rokrocznie liczby premier, żeby się rozwijać. Może rozwijać się jakością. Bo czytelnik nie ma dziś problemu z dostępem do książek. Ma problem z wyborem jednej spośród tysięcy. A przecież wszyscy wiemy, że tak jak i w życiu, tak i w literaturze, wartość ma nie ilość, lecz jakość. Być może przyszłość literatury nie polega więc na kolejnej technologicznej rewolucji. Może polega na czymś znacznie starszym, na powrocie rozmowy między tym, który postawił w książce pierwsze słowo, i tym, który po przeczytaniu ostatniego zdania, odłożył książkę z westchnieniem satysfakcji. I jeśli tak jest, to paradoksalnie największą innowacją XXI wieku okaże się właśnie stary poczciwy redaktor.
Małgorzata Gąsiorowska

